MADAGASKAR

Na samym początku chciałabym zdementować plotki o tym, że na Madagaskarze przebywają pingwiny ? niestety nie spotkaliśmy ich, ale stałymi mieszkańcami wyspy są lemury, więc udało nam się przybić piątkę z Królem Julianem, Mortem i Morisem.

Na Madagaskar zaprosiło nas biuro podróży ITAKA oraz Cupsell.pl. Naszą ekipę tworzyła grupa 25 osób, blogerów, influencerów, vlogerów, youtuberów, ogólnie internetowych twórców. Poprzez nasze kanały społecznościowe i strony internetowe chcieliśmy pokazać Wam ten niezwykły kierunek podróżowania. Naszym celem było pokazanie nie tylko przepięknych widoków, ale też tamtejszej kultury, mieszkańców i wszystkich dodatkowych możliwości na spędzenie aktywnie czasu poza hotelem.

Wylot mieliśmy z Warszawy (wieczorem) bezpośrednio na wyspę Nosy-Be (jest to wysepka przynależąca do wyspy Madagaskar), trwał około 9,5h. Jestem zaskoczona, że tak szybko zleciał i szczerze pomimo, że był długi nie był uciążliwy. Rano wylądowaliśmy na wyspie, spędziliśmy tam dodatkowe 2 godziny na lotnisku, gdzie staliśmy w kolejce po wizę. Tam też po raz pierwszy zderzyliśmy się z taką prawdziwą „Afryką”, nieco zacofaną technologicznie i cywilizacyjnie. Jadąc tam warto przygotować sobie drobne nominały. Czymś całkowicie normalnym dla tamtejszych pracowników lotniska są tzw. „gifty” czyli łapówki. Dla mnie to szok, nie byliśmy przygotowani, ale podobno tam to standard. Kiedy powiedzieliśmy, że nie mamy pieniędzy to pan pokręcił głową i stwierdził, że mamy problem. Ja się przestraszyłam i stwierdziłam, że nie zamierzam ryzykować. Większość z nas miała identyczną sytuacje. Takie zdarzenie mieliśmy tylko na lotnisku. Po tylu godzinach w samolocie i kolejnych kilku w kolejce po wizę opuściliśmy terminal. Busami wybraliśmy się w podróż przez wyspę do naszego hotelu.

 

Po drodze mijaliśmy mniejsze i większe miasteczka, ludzie machali przyjaźnie, dzieci krzyczały i przesyłały buziaki. Ogólnie miasteczka były tak na oko bardzo ubogie i dosyć brudne, ale ludzie byli zawsze pięknie, kolorowo ubrani i uśmiechnięci. Na obrzeżach miast były te mniejsze „dzielnice”, gdzie domy były typowe dla tego regionu. Zbudowane z drewnianych pali i tamtejszego drewna, dachy pokryte liśćmi wysuszonej palmy. Niektóre wyglądały jak by miały się zaraz rozpaść. Po podwórkach biegały kury, na polach wypasały się tamtejsze krowy. Samochodów jeżdżących po ulicy było dosyć sporo, ale większa część mieszkańców korzysta tam z tuktuków (takie mini Taxi).

Do hotelu jechaliśmy około godziny, choć odległość od lotniska jest niewielka to drogi nie są najlepsze i jechaliśmy wolno.

Mieszkaliśmy w hotelu ORANGEA na wyspie Nosy-Be. Jest to bardzo fajny hotel, mający piękny ogród, położony jest  przy brzegu oceanu. Pokoje są zaopatrzone w klimatyzacje, a w hotelu jest darmowe wi-fi.

Szczerze polecam tamtejsze hotelowe jedzenie. Świeże owoce morza, zebu, warzywa i owoce. Wodę kupowaliśmy w 2 litrowych butelkach na barze, bałam się trochę problemów żołądkowych, wiec tą wodą myliśmy zęby i tylko taką piliśmy. Obyło się bez najmniejszych problemów.

Następnego dnia po przyjeździe mieliśmy wycieczkę na 3 wyspy, oddalone około godzinę łódką od naszej hotelowej plaży. Pierwsza była to wyspa z lemurami i pamiątkami, na drugą wyspę musieliśmy dopłynąć sami z łódki – był to snorkeling (nurkowanie z maską i płetwami), udało mi się zobaczyć żółwia, koralowce, piękne rybki i kalmary. Na trzeciej podziwialiśmy piękną plaże. Bardzo dawno nie byliśmy nigdzie na wakacjach, więc takie widoki zapierały mi dech w piersiach, ale ciągle nie docierało, że jesteśmy w Afryce.

Następną naszą wycieczką były quady. Tu dziękuję ekipie z „5 sposobów na” i „sprytne babki” za przygarnięcie nas i fajnie spędzony czas poza hotelem. To był mój pierwszy raz na takiej maszynie, bałam się, ale chęć przygody była większa niż strach przed nieznanym. Widoki Afryki, mijane przez nas wioski po drodze i Ci bardzo sympatyczni mieszkańcy skradli nasze serca. Dzieciaki wskakiwały nam na quady i jeździły z nami. Jeśli będziecie mieć okazje być na takiej wycieczce zabierzcie ze sobą koniecznie jakieś wafelki, cukierki, gadżety, zabawki, my nie wiedzieliśmy o tym i było nam szczerze źle kiedy nie mieliśmy co dać tym dzieciaczkom. Nie przyszło nam do głowy, czego bardzo, bardzo żałuje. Błąd naprawiliśmy dopiero pod koniec naszego pobytu, kiedy znaleźliśmy sklep (taki tamtejszy market), tam kupiliśmy dopiero jakieś słodycze. Quadami odwiedziliśmy największy zbiornik słodkiej wody na wyspie, punkt widokowy na całe wybrzeże oraz rybacką wioskę. Sama jazda była już wielkim funem, wiec szkoda, że te planowane 4 godziny minęły tak szybko.

Kolejną wycieczką dla całej naszej grupy było odwiedzenie najpiękniejszej plaży która znajdowała się na wyspie Nosy-Iranja. Przepiękna wyspa, niesamowita lazurowa woda oceanu Indyjskiego i biały piasek. Wyspa mocno przygotowana pod turystów. Panie z rozłożonymi straganami oferowały cuda ręcznie robione, a lokalny kucharz przygotował na nas znów przepyszny poczęstunek. Część z Was mogła zobaczyć w relacjach innych uczestników dzieci rzucające się na jedzenie, które postanowiliśmy im oddać. Tak, panuje tam bieda, dzieci mogły być głodne, najbardziej zainteresowane jedzeniem były maluchy, starsze dzieci przyglądały się. Poruszyło to większość uczestników i tak na prawdę ciężko mi cokolwiek sensownego tu napisać o tej sytuacji, bo rozum mówi jedno a serce matki dwójki dzieci drugie. Nie potrafię, jestem rozdarta i do tej pory nie umiem wyjaśnić sobie tej sytuacji. Pan który podawał nam obiad, mówił, że to co zostanie (a uwierzcie, że zostawało mnóstwo jedzenia) rozdawane jest ludności na wyspie. Takich wycieczek jest tam sporo, więc mam nadzieje, że mówił prawdę. My możemy przyłożyć się choć odrobinę do poprawienia ich bytu robiąc u nich zakupy. Dla nas wydanie 1€ na magnes czy 15$ na  chustę nie jest czymś obciążającym, a dla nich to bardzo dużo. Kupujmy, wspomagajmy ich gospodarkę, to najprostszy sposób pomocy będąc tam. Może to wydawać się niewiele, mało znaczące, ale prawdą jest, że ci ludzie żyją z turystyki (a przynajmniej tam mogą zarobić najwiecej). Wracając z Nosy-Iranja podpłynęliśmy na wyspę gdzie mieszkała rodzina lemurów i mogliśmy nakarmić te sympatyczne zwierzęta bananami.

W naszym hotelu organizowane były dwa wieczory z kulturą afrykańską, tzn jeden taneczny, z muzyką typową dla regionu a drugi muzyczny gdzie śpiewały dwie panie przy akompaniamencie gitary. Fajne urozmaicenie hotelowych wieczorów.

Ostatnią wycieczką była wyprawa na wyspę gdzie mieliśmy nurkować z żółwiami. Była ona oddalona 10 min motorówką od naszej plaży. Niestety ledwo co wskoczyłam do wody już musiałam z powrotem się na nią wdrapać. Mam lęk przed nurkowaniem, a dokładnie mam trudność z oddychaniem buzią. Zaraz się dusze i panikuje. W przeciwieństwie do snorkelingu z pierwszej wycieczki tu miałam problem nawet z płynięciem po powierzchni wody. Nie chciałam ryzykować, więc żółwie oglądałam z łodzi. Mieliśmy pecha ponieważ była pora przypływu i woda robiła się szybko mętna, chłopaki mieli trudność z zobaczeniem wyciągniętej przed siebie dłoni. Podobno najlepiej popłynąć tam z samego rana, tak podpowiadali nam mieszkańcy wyspy. Nie zmienia to faktu, że przeżycie było ogromne, bo pomimo zmętniałej wody udało się zobaczyć kilka ogromnych żółwi, a co jakiś czas nad wodę wystawała duża, czarna głowa.

 

To była nasza ostatnia przygoda na Madagaskarze, no może nie ostatnia, bo ostatnia zaskoczyła nas na lotnisku przy powrocie. Samolot który wiózł kolejną wycieczkę i miał nas zabrać z powrotem miał 3h opóźnienia (lądował awaryjnie w Kenii, przez awanturującego się w nim pasażera). Jak wspominałam terminal na Nosy-Be nie należy do najnowocześniejszych, większość miejsc siedzących była pod namiotem na dworze (upał i słońce w pełni), nie było by źle gdyby nie fakt, że nie było nic do jedzenia i picia. Niestety kilka batoników i butelek wody dostępnych w sklepiku rozeszło się w 15 min, a więcej nie było. Zaopatrzcie się koniecznie zawsze w dużą butelkę wody. Bardzo na minus. Wylatywaliśmy tym razem po południu, lecieliśmy cały dzień co też dało się przetrwać. Ogólnie podróż nie była męcząca i teraz wiem jak wygląda taki długi lot.

Niestety przez opóźniony lot nie zdążyliśmy na żaden pociąg powrotny do Szczecina, przez co od 23 do 6:50 koczowalismy na dworcu centralnym w Warszawie. Z samego rana wsiedliśmy w PKP i wróciliśmy do domu. Niewątpliwie była to podróż naszego życia, ale wiemy też, że nie ostatnia, bo spodobało się nam to bardzo. Szykujemy się już na kolejne zagraniczne wojaże, ale gdzie? Musimy jeszcze pomyśleć 🙂

Z informacji technicznych 😉

  • przy wycieczce na której byliśmy nie trzeba było się szczepić na choroby które są powszechne w Afryce. Nie występują tam. Oczywiście część osób z naszej wycieczki zrobiło to na własną rękę, jednak nie było to wymagane.
  • Jeśli chodzi o koszty podróży – polecam zajrzeć na stronę ITAKA, tam dostępnych jest kilka wersji cenowych w różnych hotelach.
  • Koniec daty ważności paszportu musi być dłuższy niż ostatnie 6mcy.
  • Walutą obowiązującą na Madagaskarze są ariary (1tys ariarów to ok 1,5zł). Możecie też zaopatrzyć się w dolary (wydane po 2013 r) oraz euro. Najlepiej rozmieńcie na drobne nominały.
  • Nas osobiście nic nie pogryzło, żadne moskity i tego typu robactwo. Byliśmy przygotowani odpowiednio i zaopatrzeni w środki do ich odstraszania, których nawet nie użyliśmy.
  • Jeśli chodzi o ubrania, to typowo letnie. Kiedy u nas jest lato tam jest zima (temp. około 28-30 stC) wiec ciepło. Ja zabrałam jedną pare spodenek co było błędem, mogłam tez zabrać więcej zwiewnych sukienek a mniej tshirtów.
  • Podróż z dziećmi…cieszę się, że nie zabieraliśmy ich bo bardzo by ich ta droga wykończyła. Ogólnie jeśli ktoś od maleńkości podróżuje z dzieciakami i lubią to, to nie widze przeszkód, jednak jeśli tak jak my nie jeździmy daleko (póki co) to osobiście bym wybrała inny kierunek, bliższy. Jednak 6h pociągiem, później 9,5h samolotem plus te wszystkie opóźnienia i oczekiwania w tak wysokiej temperaturze dzieciom raczej nie sprzyjają.

Jeśli macie jakieś pytanie dotyczące stricte Madagaskaru czy samej wycieczki piszcie, postaram się odpowiedzieć lub uzupełnić tekst o brakujące informacje.

Do następnego.

6 komentarzy

  1. Agnieszka Wow ? zakochałam się w twoich zdjęciach ! Są cudowne i widać że robisz je z pasją ! ?
    A co do instastories … Ludzki jad nie zna granic ? strasznie przykro jest patrzeć jak jeden człowiek drugiego by zjadł .. my jako społeczeństwo powinniśmy się wspierać ! Polak dla Polaka bratem …a nie .. zawistnym skurw….. Nigdy nie wyzywam nikogo od patologii , bo nie jestem wstanie stwierdzić po tym zawistnym internecie kto jakim jest człowiekiem , a to co pokazujesz w internecie jest cząstka waszego życia ! A że przeważnie z anonima piszą 15 latki .. wyzywają , ośmieszają – uwierzcie dziewczynki jak zostaniecie mamami , żonami (tego wam życzę ) zmienice pogląd na świat i nie będzie WAM straszne ” BOZE DZIECKO JE NA ŁÓŻKU” !!! Poprostu siadziecie z dziećmi razem na łóżku i razem będziecie jedli … I to będzie dla was wspaniałe uczucie a także chwila relaksu ! To co że dziecko jest głodne , a obok leży jedzenie to mam ciągnąć je na drugi koniec domu do stołu żeby zjadło jak ” człowiek” , a wy koleżanki nie macie tak że czasem coś jecie na łóżku / kanapie , relaksując się , oglądając film ?? Pozdrawiam Aga i podziwiam za trud jaki łączysz blog , Ig, dom .. wow ? buziaki

  2. Cześć, bardzo podają nam się wasze zdjęcia. Spodziewamy się maluszka w związku z tym planujemy zakup aparatu.

    Czy mogłabyś podzielić się informacją jakiego sprzętu sama używasz?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

dziesięć − trzy =

Mamowymi Oczami